Przejdź do głównej zawartości

O Unii Europejskiej i USA

 Wg babylonianempire.wordpress.com

 

Kiedy Czerwony Kapturek widzi wilka, ale chce wierzyć, że to babcia…

Gianandrea Gaiani

Unia Europejska ponownie zwiększyła import rosyjskiego skroplonego gazu ziemnego (LNG), który od początku roku stale rósł, jak poinformowała w ostatnich dniach niemiecka organizacja ekologiczna Urgewald, co potwierdzają zresztą comiesięczne dane różnych organizacji monitorujących rynek energetyczny

UE od lat głośno deklaruje żelazną determinację, by zrezygnować z rosyjskiej energii z powodu inwazji na Ukrainę, ale udało jej się jedynie pozbawić gospodarki krajów europejskich taniej energii w nieograniczonych ilościach, którą tylko Rosja mogła i może nam dostarczać rurociągiem, kopiąc w ten sposób grób europejskiemu przemysłowi i otwierając szeroko drzwi do deindustrializacji.

Druga Komisja von der Leyen, która już teraz zdołała być gorsza (czyli wyrządzić więcej szkód narodom i krajom europejskim) od pierwszej, od lat obiecuje i ogłasza całkowite uniezależnienie się od rosyjskiego gazu, które ma nastąpić do końca 2027 roku. Niemiecka organizacja pozarządowa Urgewald, która wykorzystała dane firmy analitycznej Kpler, poinformowała jednak o 91 dostawach, które dotarły statkami do Europy z rosyjskiego terminalu Jamal nad Morzem Karskim w rosyjskiej Arktyce w okresie od stycznia do kwietnia.

W związku z tym europejski import rosyjskiego LNG wzrósł o 17,2% w porównaniu z tym samym okresem w 2025 r., z 5,71 mln ton do 6,69 mln ton. Bruksela, wyraźnie zakłopotana, przyznaje się do niewielkiego wzrostu importu rosyjskiego LNG na początku 2026 r., tłumacząc to wzrostem popytu na gaz w Europie w 2025 r.

Jest to tendencja, którą wielokrotnie poruszaliśmy, która oczywiście jest sprzeczna z celami wyznaczonymi przez UE, polegającymi na ostatecznym zakończeniu zależności od rosyjskiego gazu, ale zawiera dodatkowy element, który naraża Brukselę na publiczne pośmiewisko.

Pomimo tego, że decyzja ta spowodowała najpoważniejszy kryzys energetyczny ostatnich 50 lat, Komisja Europejska chwali się znacznym zmniejszeniem zależności od rosyjskiego gazu (gazociągi i LNG), który stanowił 45% całkowitego importu Europy w 2021 r., a w 2025 r. będzie to już tylko 12%.

W rzeczywistości jednak UE wprowadziła zakaz importu rosyjskiego gazu rurociągowego – dostarczanego w ogromnych ilościach po uzgodnionej cenie – aby zwiększyć import LNG, transportowanego statkami, rozładowywanego w portach, regazyfikowanego, a następnie wprowadzanego do europejskiej sieci: znacznie droższego od gazu przesyłanego rurociągiem, a którego dostawy są znacznie bardziej problematyczne i podlegają wahaniom cen rynkowych oraz warunkom geopolitycznym, takim jak blokada cieśniny Ormuz.

Aby ośmieszyć UE i jej rosyjofobiczne przechwałki, wystarczy zauważyć, że obecnie Rosja jest drugim dostawcą LNG do krajów Unii z udziałem wynoszącym 17 procent, czyli prawie trzykrotnie większym niż 6 procent pochodzących z Kataru i kolejne 6 procent z Nigerii, ale udział ten mógłby jeszcze wzrosnąć, gdyby kryzys w Cieśninie Ormuz miał się przedłużyć.

Aby jeszcze lepiej zobrazować absurdalną sytuację, wywołaną świadomie i z winy Komisji oraz europejskich rządów krajowych, zrezygnowaliśmy z nieograniczonych i tanich dostaw gazu, który docierał do Europy rurociągami z Rosji, aby kupować LNG po aktualnych cenach rynkowych w ilościach, które trzeba negocjować przy każdym ładunku, o który toczy się walka z gospodarkami azjatyckimi.  Lub kupujemy gaz po cenach rynkowych w krajach szczerze demokratycznych i szanujących prawa człowieka, polityczne i genderowe (nie tak jak Rosja Putina), takich jak Azerbejdżan, Algieria, Kongo (ironicznie)…

W rezultacie, według CNA, jeśli ceny ropy i gazu utrzymają się na obecnym poziomie w najbliższych miesiącach, wzrost kosztów energii elektrycznej, gazu, paliw i artykułów spożywczych (które łącznie z kosztami mieszkaniowymi stanowią ponad 40% miesięcznych wydatków) może przełożyć się na wzrost wydatków przeciętnej rodziny o około tysiąc euro w 2026 r., z wartościami szczytowymi sięgającymi nawet 1 200–1 300 euro w przypadku gospodarstw domowych z dziećmi i większym zużyciem energii.

Według danych biura analitycznego CGIA, włoskie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa będą musiały w tym roku ponieść koszty w wysokości prawie 29 miliardów euro, aby poradzić sobie z podwyżkami cen energii elektrycznej, gazu i paliw, które nastąpiły w wyniku kryzysu energetycznego związanego z sytuacją na Bliskim Wschodzie. Raport z 9 maja wskazuje, że największy „udział” mają benzyna i olej napędowy, z dodatkowymi kosztami w wysokości 13,6 mld euro (+20,4% w porównaniu z 2015 r.), a następnie energia elektryczna – 10,2 mld euro (+12,9%) i gaz – 5 mld euro (+14,6%). Skutki gospodarcze mogą spowodować poważne trudności zarówno dla rodzin znajdujących się w trudnej sytuacji ekonomicznej, jak i dla przedsiębiorstw o niskiej płynności finansowej.

Porażka Europy w kwestii energetycznej, w połączeniu z niepowodzeniem polityki przemysłowej i środowiskowej, polityki zagranicznej oraz programów zbrojeniowych, które są obecnie ewidentnie nie do udźwignięcia, powinny skutkować całkowitym brakiem zaufania i natychmiastowym odwołaniem obecnej Komisji Europejskiej, sugerując gwałtowną zmianę kursu, zanim lawina stanie się nie do powstrzymania, łącząc katastrofy spowodowane przez UE i europejskie rządy krajowe z tymi, które dotknęły Europę i światową gospodarkę w wyniku ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran.

Momenty kryzysowe nakładają lub powinny nakładać na tych, którzy ponoszą ciężar rządzenia, maksymalny pragmatyzm pod jedyną sensowną gwiazdą polarną: interesami narodowymi.

Czerwony Kapturek widzi wilka, ale chce wierzyć, że to babcia

A zatem, jeśli realistycznie rzecz biorąc, samobójstwo Europy można przypisać błędom dwóch ostatnich komisji von der Leyen, popartym przez rządy krajowe, to za zbrodnię zabójstwa Europy odpowiedzialność musimy przypisać narodom, które uparcie nazywamy „sojusznikami”, czyli Stanom Zjednoczonym i Izraelowi.

Wydaje się całkowicie żenujące, że w obliczu szkód wyrządzanych celowo i wielokrotnie przez Stany Zjednoczone przeciwko interesom Europy uparcie polegamy na sojuszu z Waszyngtonem, który już nie istnieje.

I to pomimo tego, że Donald Trump od dawna okazuje dyktat, pogardę i groźby wobec Europejczyków, którzy nie wykonują natychmiast jego poleceń lub ośmielają się krytykować jego kontrowersyjne i często chaotyczne inicjatywy polityczne, dyplomatyczne i wojskowe.

W większości krajów Europy, w tym w Niemczech Friedricha Merza, ostro atakowanego przez Trumpa, większość polityków prześciga się w pochwałach i wyrażaniu całkowitego zaufania do transatlantyckiego porozumienia, które już dawno przestało istnieć.

We Włoszech, gdy premier Giorgia Meloni przyznaje po spotkaniu z sekretarzem stanu Marco Rubio, że Włochy i Stany Zjednoczone mają różne interesy, minister obrony Guido Crosetto twierdzi, że „nigdy nie było powodów do niepokoju” co do relacji między Włochami a USA „i nie ma żadnych rozłamów”. Czasami narody mogą mieć różne poglądy lub różnie oceniać wydarzenia. Ale długoterminowa wizja i sojusz, sojusz trwający od dziesięcioleci, który się umocnił, ta sama wizja świata – to się nie może zmienić. Nie zależy to od rządów, nie zależy od ludzi. Nasze więzi ze Stanami Zjednoczonymi trwają nadal i nigdy nie uległy zachwianiu” – zapewnił.

Są to słowa mające na celu uspokojenie opinii publicznej w związku z ewentualnymi napięciami między Rzymem a Waszyngtonem. Jednak stosunki uległy pogorszeniu, za co odpowiedzialne są Stany Zjednoczone – poprzez wulgarne ataki Trumpa na Giorgię Meloni, którą jeszcze niedawno Biały Dom wychwalał za jej niekwestionowane zdolności przywódcze.

W rzeczywistości Stany Zjednoczone już od dawna mocno uderzają w interesy Europy: od wsparcia dla wiosen arabskich, przez wojnę w Libii, powstanie w Syrii, aż po zamach stanu na Majdanie w 2014 roku w Kijowie, w który USA zainwestowały 5 miliardów dolarów (powiedziała to przed Kongresem podsekretarz stanu Victoria Nuland), wszystkie inicjatywy administracji Obamy, Bidena i Trumpa mocno uderzyły w nasze podwórko, zagrażając stabilności obszarów energetycznych kluczowych dla naszej gospodarki.

Gdyby wykazały odrobinę dumy i godności, większość krajów europejskich miałaby wystarczająco dużo siły, by pozbyć się ciężaru takich sojuszników, którzy nie tylko traktują nas jak lokajów, ale także zadają nam poważne szkody przemysłowe i gospodarcze – nieprzypadkowe, lecz mające na celu rzucenie naszego społeczeństwa na kolana.

Zerwanie stosunków z Waszyngtonem powinno być zatem co najmniej zrozumiałe, jeśli nie konieczne, zarówno dla Włoch, jak i dla wszystkich sojuszników USA, którzy dziś płacą cenę, która może stać się druzgocąca, za militarystyczne zapędy Trumpa i Netanjahu, którzy rozpoczęli wojnę z Iranem, nie informując o tym Europejczyków i nie dbając o szkody, jakie spowodowałaby łatwo przewidywalna blokada cieśniny Ormuz.

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na wypowiedź generała Carmine’a Masiello, szefa sztabu armii, który 9 maja zabrał głos podczas konferencji „Rolnictwo i przyszłość”, zorganizowanej przez Confagricoltura w Mediolanie.

„Nie rozumiem, dlaczego to, co dzieje się w Cieśninie Ormuz, jest zaskoczeniem: doskonale o tym wiedzieliśmy, mieliśmy już pewne sygnały, kiedy Huti zaczęli atakować w Bab el Mandeb. Kiedy my, generałowie, interweniowaliśmy i przypomnieliśmy, czym są wąskie gardła (choke points – przyp. red.), czym są punkty obowiązkowego przejścia, kiedy wyjaśniliśmy, co oznacza dla wszystkich łańcuchów dostaw zamknięcie punktu obowiązkowego przejścia. Mówiliśmy o tym, ale jak zawsze nikt nas nie słuchał, i to oczywiście zaskoczyło potem wszystkich” – powiedział Masiello, cytowany przez agencję prasową Nova.

Odniesienie generała do operacji jemeńskich Houthich przeciwko ruchowi handlowym wchodzącym i wychodzącym z Morza Czerwonego daje nam zresztą okazję do dalszych przemyśleń.

Po miesiącach intensywnych bombardowań Jemenu oraz wystrzeleniu setek pocisków przeciwlotniczych w kierunku dronów oraz broni balistycznej i manewrującej należącej do szyickich bojowników, Stany Zjednoczone, które już wcześniej borykały się z niedoborem amunicji na okrętach, musiały zawiesić operacje i zawrzeć porozumienie o nieagresji z Huti.

Nieskuteczna ofensywa przeciwko jemeńskim bojownikom, rozpoczęta przez Stany Zjednoczone w odpowiedzi na interwencję Houthich (w następstwie izraelskiej ofensywy w Strefie Gazy po ataku Hamasu z 7 października 2023 r. na terytorium Izraela), niemal sparaliżowała (z efektami odczuwalnymi do dziś) ruch morski zmierzający do Morza Śródziemnego i południowej Europy, nie zdołała jednak pokonać sił proirańskich i propalestyńskich, tak samo jak dziś USA i Izrael nie potrafią pokonać Iranu.

A jednak, pomimo tych przykładów i wielu innych, które można by wymienić, paradoksalnie w niemal całej Europie troszczy się o obronę historycznego porozumienia strategicznego ze Stanami Zjednoczonymi. Z jednej strony bojaźliwa Europa wydaje się za wszelką cenę dążyć do ekonomicznego samobójstwa, a z drugiej, niczym współczesny Czerwony Kapturek, uparcie pragnie zobaczyć babcię (lub „tatka”, jak to ujął sekretarz generalny NATO Mark Rutte), również gdy wilk przestał już ukrywać się w jej ubraniu i otwarcie ujawnia swoje prawdziwe oblicze.

Promyki nadziei

Można jednak dostrzec pewne przebłyski światła, choć wciąż niejasne, w niektórych sygnałach płynących z Brukseli i Moskwy w związku z Paradem Zwycięstwa 9 maja w Moskwie.

Była to znacznie skromniejsza parada, podczas której Moskwa nie pokazała swojej siły tak, jak to miało miejsce w poprzednich edycjach, a zwłaszcza w zeszłym roku, z okazji 80-lecia zwycięstwa w II wojnie światowej.

Parada wojskowa została oficjalnie okrojona ze względu na zagrożenie ze strony ukraińskich dronów (które zresztą w czterech poprzednich edycjach od początku wojny nigdy nie zaatakowały Moskwy), ale najprawdopodobniej po to, by wysłać jasny sygnał do Europy, na którą Trump już wywiera presję, by doprowadziła do zakończenia wojny na Ukrainie.

Inaczej trudno wyjaśnić stwierdzenie Donalda Trumpa, który niedawno sugerował, że wojny w Zatoce Perskiej i na Ukrainie wkrótce się zakończą.

Faktem pozostaje, że 9 maja przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa powiedział mediom, że „naszym głównym celem od samego początku jest sprawiedliwy i trwały pokój dla Ukrainy. Dlatego wspieraliśmy Ukrainę, dlatego wprowadziliśmy sankcje i z tego samego powodu jesteśmy gotowi do negocjacji w sprawie sprawiedliwego i trwałego pokoju dla Ukrainy. Oczywiście w odpowiednim momencie będziemy musieli podjąć dialog z Rosją, aby omówić nasze wspólne kwestie dotyczące bezpieczeństwa. Czekamy, ale jednocześnie jesteśmy gotowi zrobić wszystko, co konieczne”.

Costa już w poprzednich dniach wyrażał podobne otwarte stanowisko i z pewnością nie jest to głos odosobniony. Premier Belgii Bart De Wever i prezydent Francji Emmanuel Macron opowiadają się za dialogiem, premier Słowacji Robert Fico (który 9 maja był na paradzie na Placu Czerwonym) stwierdził, że „brak dialogu z Moskwą jest ogromnym błędem”, podczas gdy we Włoszech Liga ponownie wezwała, by „Europa nie zignorowała otwarcia ze strony Putina”.

Prezydent Finlandii Alexander Stubb w wywiadzie dla „Corriere della Sera” przyznał, że „jeśli polityka amerykańska wobec Rosji i Ukrainy nie służy interesom Europy, co wydaje mi się prawdą, to musimy zaangażować się bezpośrednio. Tak, nadszedł czas, aby rozpocząć rozmowy z Rosją”.

Wznowienie stosunków z Kremlem jest postrzegane przez wielu, w sposób jawny lub niejawny, jako niezbędny krok nie tylko w celu zakończenia konfliktu, ale przede wszystkim w celu przywrócenia ram bezpieczeństwa z Moskwą, które pozwolą na wznowienie dostaw rosyjskiej energii, jedynej nadziei na uratowanie gospodarki europejskiej.

Moskwa zresztą wyraziła już gotowość do wznowienia dostaw w ramach wieloletnich umów, a Putin podczas konferencji prasowej po paradzie na Placu Czerwonym stwierdził, że wojna na Ukrainie „zbliża się ku końcowi. Rozpoczęli eskalację konfliktu z Rosją, który trwa do dziś. Myślę, że to się wkrótce skończy, ale sytuacja pozostaje poważna”.

Postępy, choć na razie tylko w słowach, są wyczuwalne. Rosja „nigdy nie odmawiała” prowadzenia negocjacji z UE. „Jako kandydata na negocjatora wolałbym byłego kanclerza Niemiec Schroedera. W przeciwnym razie niech sami wybiorą przywódcę, któremu ufają”. Jedynym warunkiem postawionym przez Putina jest to, aby była to osoba, która nie używała obraźliwego języka wobec Moskwy.

Według Putina, Europa zdała sobie sprawę, że „podnoszenie stawki” w konflikcie ukraińskim może ją drogo kosztować. „Podnoszą stawkę, ale sądząc po tym, co właśnie powiedziałem, już szukają z nami kontaktu. Rozumieją, że to podnoszenie stawki może ich drogo kosztować” – powiedział dziennikarzom rosyjski prezydent.

Putin, który ponownie podkreślił cel, jakim jest zwycięstwo („Zwyciężymy, my zawsze wygrywamy”), być może uważa, że słaba i zrujnowana gospodarczo Europa nie będzie w stanie pomóc Ukrainie stojącej na krawędzi upadku, dostrzegając w tym szansę na zakończenie konfliktu poprzez osiągnięcie wyznaczonych celów wojskowych bez konieczności toczenia kolejnych krwawych bitew. Nie bez powodu od początku konfliktu w Zatoce Perskiej rosyjskie ofensywy przebiegały w sposób umiarkowany.

Nie można wykluczyć, że niespodziewana wizyta niemieckiego ministra obrony Borisa Pistoriusa w Kijowie miała na celu poinformowanie Wołodymyra Zełenskiego o europejskiej potrzebie zakończenia kryzysu i wojny z Rosją.

Wkrótce zobaczymy, jakie owoce przyniosą te otwarcia na dialog, ale wydaje się oczywiste, że nagła potrzeba Europejczyków do negocjacji z Moskwą jest bezpośrednią konsekwencją rosnącej świadomości, że Stany Zjednoczone nie są już naszymi sojusznikami.

INFO: https://www.analisidifesa.it/2026/05/se-cappuccetto-rosso-vede-il-lupo-ma-vuole-credere-sia-la-nonna/ (przekład: AI)


Komentarze